Sprzęt komputerowy byłby niczym bez oprogramowania, a w szczególności bez skomplikowanego systemu operacyjnego zarządzającego zasobami i procesami. Bez niego nie byłoby gier komputerowych, programów biurowych, graficznych, multimedialnych czy też edukacyjnych. Owych programów i systemów operacyjnych jest mnóstwo, więc powiem krótko mamy wybór!
Tytuł tego felietonu miał brzmieć "Dobre, bo darmowe" nawiązując do znanych haseł marketingowych, jednak niektórzy z Was mogliby pomyśleć, że to ich jedyna zaleta, a tak nie jest. W przypadku programów komputerowych użytkownik i tak wybiera te darmowe, ma tą świadomość, że freeware (bo tak określa się ów oprogramowanie) jest dobre i w pełni zaspokoi jego wymagania - "domowe potrzeby". Inna sytuacja jest z systemami operacyjnymi i świadomością filozofii free software.
System operacyjne to nie tylko Windows, ale również Linux jak i wiele innych. Wciąż mało osób wie ("niedzielni użytkownicy"), że istnieje coś takiego jak Linux i na jakiej zasadzie jest rozpowszechniany. Osoby krytykujące ten system operacyjny mówią najczęściej, że nie są na niego dostępne najnowsze gry komputerowe, że jest trudniejszy w obsłudze i gorszy - cokolwiek to znaczy, choć gorszy/lepszy można traktować również jako subiektywne odczucie. W każdy razie Linux góruje na Windowsem w jednej bardzo ważnej dziedzinie - wolności i społeczności.
Wolne Oprogramowanie to dzieło bandy zapaleńców, którzy chcieli, aby oprogramowanie było darmowe i używane w dowolnym celu (również komercyjnie), bez limitów, aby można go było "podać dalej" do znajomych, przyjaciół, rodziny, aby można było sprawdzić jak ono działa "od środka", aby można było zmodyfikować kod źródłowy do swoich potrzeb i potrzeb innych - jeden program tworzony przez grupę ludzi. Tego Windows nie zaoferuje nigdy - bądźmy społeczeństwem informatycznym i oprogramowanie traktujmy jako dobro wspólne, ale są przecież ludzie, którzy programistami nie są i nie potrzebują oprogramowania z otwartym kodem źródłowym (Open Source), więc mają gdzieś całą filozofie i wolą kupować lub co gorsza piracić oprogramowanie Microsoftu.. bo tak łatwiej.
Razem z Kasią wybraliśmy się wczoraj na spacer do Parku Szczytnickiego i za jej namową weszliśmy do Ogrodu Japońskiego w pół legalny sposób. Atak zimy sprawił, że we Wrocławiu obecnie jest -12 stopni (odczuwalna to aż -17,3!) dlatego nic dziwnego, że wodę skuł lód i możliwe było przedostanie się do ogrodu drogą "wodną"
Trzeba było skorzystać z okazji, bo oficjalnie Ogród Japoński zamknięty jest od listopada do kwietnia. Porobiliśmy oczywiście kilka fotek - szkoda, że było to późną porą - około godziny 18, a o tej porze w zimie tak samo ciemno jak o 3 w nocy.
Oprócz nas po ogrodzie spacerował bardzo gruby rudy kocur
i wszystko pięknie pokryte śniegiem
Notka na temat IT nie jest, ale nie mogłem się powstrzymać. W końcu to mój prywatny blog.
Wchodząc na zagraniczne serwisy widzę liczne artykuły typu "Steve Jobs jest chory", "Steve Jobs nie jest chory", "Steve Jobs nie żyje" etc. Ja się pytam o co tyle szumu? O nim jest więcej wpisów niż kiedyś o umierającym papieżu Janie Pawle II. Ktoś mi może wytłumaczy o co cała szopka?
Rozumiem, że informacje o stanie zdrowia mogą interesować inwestorów, partnerów i akcjonariuszy firmy, bo to dzięki Jobsowi firma jest teraz taką jaką jest i ciężko by było o dobrego "zmiennika". Tylko czemu wśród zwykłych ludzi (a może powinienem nazwać ich Applomaniakami, albo wyznawców marki nienadgryzionego jabłuszka?) takie zainteresowanie jakby traktowali go jak jakiegoś Boga.
Swoją drogą dzisiejszy Newsweek zakwalifikował go na 34. miejscu wśród najbardziej wpływowych ludzi świata, czyżby jedno słowo Steve'a i rzesze ludzi są na jego rozkazy?
O jak dobrze, że mamy telefony stacjonarne, o jak dobrze, że mamy telefony komórkowe!... o jak dobrze, że mamy Internet? Mamy, choć są jeszcze miejsca gdzie go nie ma. Jednak tam gdzie on jest to i tak nie jest szczyt marzeń. Do tego dochodzą absurdalne przepisy prawne, za które łatwo trafić do więzienia.
Telefon stacjonarny był kiedyś luksusem, potem standardem, teraz coraz więcej osób rezygnuje z niego na rzecz telefonu komórkowego, który także był kiedyś luksusem. Dziś jest dużo więcej aktywnych kart SIM niż jest mieszkańców Polski. Z zasięgiem nie jest tak źle, jednak z jakością usług gorzej, dobrze że cenowo jest dobrze. 3G wciąż dla mniejszych miast jest niedostępne, co więcej nawet w wielkich miastach są obszary poza zasięgiem, a już w drodze jest 4G.
Internet także był luksusem, najpierw połączenia modemowe i wysokie rachunki, potem luksusowe 128, 256 i 512 Mb/s. Dziś w Polsce standardem jest 1 Mb/s, który dostępny jest za w miarę przyzwoitą cenę. W innych krajach europejskich dostęp do szerokopasmowego Internetu ma min. 1/4 społeczeństwa. Tam standardem jest nawet 10 Mb/s. Donald Tusk szykuje ustawę, która sprawi że Polacy będą mieli dostęp do 10 Mb/s a UKE chce nawet 100Mb/s (zamiast drugiej Irlandii szykuje się druga Japonia?). Druga sprawa to okablowanie - metr światłowodu kosztują tyle co metr snopowiązałki, ale wciąż nie wszędzie one są.
Prawo również kuleje, zamiast być sprawiedliwe sprawia, że możemy trafić do więzienia lub płacić grzywnę za samo podpięcie się do niezabezpieczonej sieci. Dzięki Neostradzie i sprzęcie zwanym LiveBox popularna stała się sieć WiFi w domu, jednak statystycznie prawie połowa z nich nie jest zabezpieczona przez.. niewiedze ich "administratorów", czy za to mamy zostać ukarani? Za czyjeś niedouczenie? Oprogramowanie kart WiFi standardowo automatycznie łączą się z pierwszą dostępną niezabezpieczoną siecią! Na marginesie treść tej nowej ustawy mówi, że tej samej karze podlega dostęp do informacji dla nas nieprzeznaczonej. Taka informacja może znaleźć się w sieci niezabezpieczona, czy także mamy ponosić za to konsekwencje? Idąc dalej ukarani możemy być za otwarcie gazety lub czasopisma w kiosku jeżeli sprzedawca/wydawnictwo na to nie pozwoliło.
Jak widać teleinformatyzacja kraju idzie nam topornie, ile to już osób powiązanych z rządem mówiło o e-urzędach i załatwianiu dowodów osobistych, paszportów, czy innych dokumentów nie wychodząc z domu i bez traceniu czasu w kolejkach. Z jednej strony taki układ mi odpowiada. Razem z kolegą ze studiów wiele razy rozmawialiśmy na temat własnej firmy. Dzięki temu będziemy mieć zajęcie i źródło pieniędzy - będziemy teleinformatyzować kraj, bo w przeciągu najbliższych niecałych czterech lat nie zanosi się, aby ktoś to przed nami zrobił.



